wtorek, 13 grudnia 2016

Jakie odnosimy korzyści z picia wody i jak to sprawdziło się u mnie?

Nigdy nie poruszałam tego tematu na blogu, a to dziwne, ponieważ zdrowie powinno być podstawą życia blogerek kosmetycznych. Mówiąc szczerze, ja nigdy nie piłam odpowiedniej ilości płynów, może jedną lub 2 herbaty dziennie, coś słodkiego i gazowanego do obiadu... Jakiś czas temu postanowiłam zmienić coś w swoim życiu i postanowiłam wypijać minimum 1,5 l wody dziennie - stosuję się do tego już od kilku miesięcy i aktualnie nie jestem w stanie wypijać mniej, bo zwyczajnie chce mi się pić. :)


Zainteresowałam się tym tematem, ponieważ wyczytałam gdzieś, że woda jest najlepszym lekiem na wszystko, ponieważ dokładnie oczyszcza organizm. Tak dokładnie, że nawet choroby są eliminowane. Mi zależało nie tylko na tym aspekcie zdrowotnym, ale i urodowym. ;)

Przede wszystkim moja skóra wygląda lepiej - jest jędrniejsza, nawilżona, gładka. Na co dzień nie mam już problemów z żadnymi bólami, choć i wcześniej pojawiały się sporadycznie. Różnicę zauważyłam jednak w bólach menstruacyjnych - jeśli występują, to trwają krócej i nie są już tak silne. Wprawdzie waga nie była nigdy moim problemem, ale schudłam, moje ciało jest smuklejsze i czuję się lepiej pod względem fizycznym.

Zastosowałam u siebie pewien schemat: każdy dzień zaczynam szklanką wody i wypijam ją w trakcie porannej toalety. Następnie robię sobie śniadanie i przygotowuję do niego zieloną herbatę z imbirem. Do końca dnia piję już tylko herbaty (ze względu na mróz - w okresie letnim piłam tylko wodę) - ale zawsze pamiętam, by na noc wypić wersję uspokajającą i aktualnie stosuję wersję z dodatkiem melisy, chmielu i lawendy.


Po porannej szklance wody czuję, że mój organizm jest przygotowany do rozpoczęcia dnia, czuję się bardziej komfortowo pod względem fizycznym. Natomiast wieczorna herbatka uspokaja mnie i pozwala spokojnie zasnąć (o ile w czasie między herbata a wejściem do łóżka nie pokłócę się z siostrą ;)).

Warto spróbować zmienić tryb życia choć na miesiąc - to niewiele, a pierwsze efekty będą już zauważalne. :)


sobota, 26 listopada 2016

Haul listopadowy!

Ostatnie dni są dla mnie wyjątkowe pod względem nowości kosmetycznych. Najpierw Shinybox, teraz haul - nie ma co ukrywać, naprawdę się rozpieszczam. Jesteście ciekawe, czym dokładnie? Zapraszam!


Od dawna nie używam zwykłego ręcznika do wycierania twarzy, zamiast niego stosuję ręczniki papierowe, dzięki czemu hamuję rozprzestrzenianie się bakterii. Moje ulubione - i najbardziej wydajne - to właśnie te rossmannowe. Są bardzo zbite, dobrze pochłaniają wilgoć i nie rwą się. Wystarczają na naprawdę długo, a przy cenie 6 zł, to naprawdę świetny interes!


Kończy mi się moje serum do biustu marki Eveline, które stosuję nieprzerwanie od 2 lat, więc postanowiłam skusić się na coś innego - tym bardziej, że mojego ulubionego serum nigdzie nie widziałam. Wybór padł na  krem do biustu marki Soraya. Ceny i pojemności produktów są takie same, więc mam nadzieję, że i działanie będzie podobne. Za ten krem zapłaciłam całe 12 zł. :)


Jako że były to zakupy rzeczy potrzebnych (za chwilkę zobaczycie, jakie było to oszustwo!), zaopatrzyłam się też w mój ulubiony płyn micelarny, którego chyba nikomu nie muszę już przedstawiać. :) Mam wrażliwe oczy, a on jest naprawdę perfekcyjny - dobrze zmywa makijaż, ale jest delikatny dla oczu.


Kolejną z rzeczy naprawdę potrzebnych był antyperspirant i tym razem wybrałam różową wersję Fa, która kosztowała mnie 6 zł. To niewiele, mam nadzieję, że sprawdzi się dobrze i nie podrażni mojej skóry. :)


Ostatnio prowadzę bardzo aktywny tryb życia, sporo pracuję, praktycznie nie ma mnie w domu, więc każda wieczorna kąpiel jest dla mnie chwilą relaksu. Aby maksymalnie relaksować się w trakcie kąpieli, stosuję różnego rodzaju sole/pudry/płyny do kąpieli. Tym razem wybrałam sól o zapach wanilii i lawendy. Jeszcze jej nie stosowałam, ale jeśli tylko się sprawdzi, na pewno kupię to maleństwo warte 3 zł ponownie!


W pielęgnacji całego ciała nie zapominam też o włosach. Regularnie stosuję maski i odżywki do włosów, do tego różnego rodzaju wcierki i olejki. Tym razem wybrałam maskę do włosów marki Schwarzkopf, która kosztowała w promocji 17 zł. Od razu muszę powiedzieć, że pachnie baardzo delikatnie i ma przyjemną szatę graficzną - naprawdę cieszy moje oko. :)


Na sam koniec 2 kosmetyki baardzo nieplanowane. Znalazłam je jednak w koszyczku obok kasy i nie mogłam się powstrzymać. Wersja czerwona, którą miałam przyjemność już dziś testować, kosztowała 6.50(!), natomiast drugi odcień wybił się trochę cenowo i musiałam zapłacić za niego ok. 25 zł.


Co czeka mnie teraz? Cóż, tylko testy!

czwartek, 24 listopada 2016

Shinybox - wydanie listopadowe

Dostałam go dosłownie 2 godziny temu, ale postanowiłam zrobić od razu fotorelację. Od kilku dni wiedziałam, że w boxie będzie 6 kosmetyków, w tym 5 pełnowymiarowych. Po rozpakowaniu zawartość wyglądała jednak skromnie. Czy jakość przeważyła? Spójrzmy!


Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po otwarciu, to maniurka. ;) Od razu pozytywnie nastroiła mnie do dalszego przeglądania kosmetyków, ale zanim to zrobiłam, przyczepiłam ją po kryjomu mamie do płaszcza!


Oczywiście w środku znalazłam też zniżki do 2 sklepów, które od razu oddałam siostrze - ja staram się nie stwarzać już sobie okazji do zakupów.  :)


Jako pierwszy produkt pełnowymiarowy, otrzymałam puder marki Constance Carroll - na szczęście w jasnym odcieniu! Plastikowe opakowanie niestety od razu się zniszczyło, już teraz nie jestem w stanie szczelnie go zamykać. Za 12 g pudru płacimy 10,35 zł, więc nie powinnam liczyć na lepszą jakość. Mimo wszystko, szkoda. 



Kolejnym produktem pełnowymiarowym jest słodki peeling do ciała sweet&natural marki Delawell. W skład peelingu wchodzą oleje: makadamia, migdałowy, arganowy i olej z baobabu. Zapowiada się naprawdę obiecująco! Za 200 ml produktu musimy zapłacić 38,99 zł, więc wiążę z nim pewne nadzieje. :)


Pierwszą miniaturką jest próbka żurawinowego żelu pod prysznic marki Stenders. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie pachniał w trakcie użytkowania, bo wygląda naprawdę zachęcająco. Aby mieć możliwość wykorzystania 50 ml takiego żelu, musimy zapłacić 9,90 zł.


Wiedziałam, że w boxie będzie jakiś lakier do paznokci, tyle zdążyłam wypatrzeć. I oto jest - utwardzający lakier do paznokci marki Mollon Pro. Ja otrzymałam wersję w odcieniu głębokiej zieleni z mocno połyskującymi drobinkami - jestem bardzo ciekawa, jak będzie z jego trwałością i kryciem, bo kolor naprawdę mnie zainteresował. 15 ml produktu kosztuje 18 zł i jest to kolejny produkt pełnowymiarowy.


Kolejnym produktem pełnowymiarowym jest mydło do twarzy i ciała Vis Plantis marki Elfa Pharm. Mi trafiła się wersja biszofitowa i już czeka w łazience na swoją kolej. ;) Moja mama - maniaczka mydeł - nie kryła zadowolenia! 70 g niebieskiego mydełka kosztuje 3,99 zł.



Ostatnim pełnowymiarowym i ostatnim kosmetycznym produktem, jaki znalazłam w pudełku, jest błyszczyk do ust Delii. Produkt kosztuje 6,44 zł - cena jednak nie ma dla mnie większego znaczenia, jeśli jakość będzie dobra. Niestety, trafił mi się bardzo jasny, delikatny kolor - ja wolę bardziej intensywnie podkreślać usta. Nie skreślam go jednak, wypróbuję i być może okaże się jeszcze perełką tego boxa. :)



Najlepsze zostawiłam sobie na koniec, moje drogie... Herbatka Idealny Poranek to coś, z czym wiążę największe nadzieje. Trafiła mi się wersja czarnej herbaty z bergamotką i kwiatem bławatka. Producent opisuje jednak produkt odrobinę bardziej poetycko: "Dystyngowany brytyjski Earl Grey z dodatkiem błękitnych kwiatów bławatka." - nie będę polemizować, wypróbuję i o ile będzie smakowała tak, jak pachnie, kupię sobie wersję pełnowymiarową, który kosztuje 20 zł za 100 g. :)



No dobrze, nie będę ukrywać - miałam dziś małego pomocnika! Poznajcie Roberta. ;)


sobota, 22 października 2016

Hebe made me buy it!

Ja naprawdę nie planowałam wejść do Hebe. Naprawdę. Ale pojawiło się kilka okoliczności, które sprawiły, że weszłam, zobaczyłam i kupiłam. ;)


Zakupy podzieliłam na dwie wizyty. W trakcie pierwszej kupiłam wodę perfumowaną Jimmy Choo. Jestem kiepska w opisywaniu zapachów, do tego jestem chora, więc nie byłam za bardzo w stanie sprawdzić zapachów. Wszystkie je jednak już kiedyś testowałam i miałam zdecydować się na jedną wersję, ale tydzień temu miałam urodziny, więc pozwoliłam sobie na szaleństwo!
Flakon jest cudowny! Bardzo kobiecy, ale zadziorny, być może przez tę chropowatą powierzchnię. Zapłaciłam za nią 119,99 zł.



Wzięłam też wodę perfumowaną Ma Vie, której główną nutą zapachową jest kaktus. Cudowna, słodko-cytrusowa mieszanka, którą bardzo chciałam mieć w wersji pełnowymiarowej. Flakon już aż tak mnie nie zachwyca, jest piękny, różowy, ale może odrobinę zbyt toporny. Ten zakup kosztował mnie 139.99 zł.



Do zakupów dostałam mały gratis - bazę pod cienie marki Hean. Chciałam ją już kiedyś wypróbować, była na mojej liście "do kupienia", tak więc ekspedientka spełniła moje życzenie. :) Jestem ciekawa, jak się sprawdzi!


W trakcie drugiej wizyty, już całkowicie zaplanowanej, kupiłam sobie wodę perfumowaną Versace Crystal Noir. Uwaga, na stronie internetowej Hebe ta woda jest przeceniona na 199.99 zł, natomiast stacjonarnie największa pojemność kosztuje 159.99 zł. Tutaj flakon znów mnie zachwycił, oby i trwałość nie zawiodła!







Do zakupów dobrałam też bananową maskę do włosów. Już tyyle czasu się nad nią zastanawiam, że w końcu musiałam ją kupić. :) Kosztowała 11,99 zł i - uwaga! - naprawdę pachnie bananami!


I to już tyle z moich zakupów. Mam szczerą nadzieję, że w najbliższym czasie nie pojawi się kolejny taki post, bo w końcu zbankrutuję! ;)

piątek, 30 września 2016

Haul rossmannowy - paznokcie i usta!

Tak szybki post podsumowujący zakupy w pierwszej części promocji w Rossmannie ma służyć tylko jednemu. No, może nie tylko jednemu, ale przede wszystkim - ma być podsumowaniem, co w praktyce oznacza, że nic do ust i paznokci kupować już nie powinnam!
Ćwiczę silną wolę. ;)


Pierwsze, co wpadło w moje ręce, była oliwkowa odżywka do paznokci marki Wibo. Nie trafiłam na nią nigdy wcześniej, a że jej cena regularna to 8,29 zł, wzięłam do wypróbowania. Zobaczymy, jak się sprawdzi.



Chwilę później wypatrzyłam lakier do paznokci w cudownym, świątecznym kolorze w oszałamiającej cenie 3,59 zł! Dopiero w domu doczytałam, że ma przypominać satynę. Jak dla mnie, nie musi - byle tylko był na tyle napigmentowany, by w pełni móc prezentować swój największy walor - odcień. ;)



Zaraz potem przeszłam do szafy Rimmel i przepadłam. Niestety, większość szminek nie miała testerów, więc wszystkie kolory, które wzięłam, brałam w ciemno. Pierwszy, jakim się zainteresowałam, to kolor o nr 200 - Latino. Wydaje się być delikatny, dzienny. Cena regularna to 25,99 zł.



Po chwili zakochałam się w Rimmel by Kate o numerze 30. Przepiękny, głęboki kolor! Wydaje się być bardzo napigmentowana, z łatwością się nakłada - o ile tylko nie będzie wysuszała moich ust, trafi do czołówki, jeśli chodzi o moje produkty kolorowe do ust! Jej cena to 23,99 zł.



Uwierzcie, jeszcze się na nie nie napatrzyłam!

Zaraz obok siebie leżały 2 przepiękne kolory. Pierwszy o numerze 058 - Drop of sherry (wiecie, to ta nazwa chyba tam mnie ujęła). Kolor także mi się spodobał, ale cóż mogę powiedzieć, testera nie było, ja produktów w drogeriach nie otwieram, tak więc naprawdę brałam ją w ciemno. Kosztowała 23,99 zł. Same oceńcie, czy warto było. :)



I pora już na ostatnią i, jak dla mnie, najciekawszą wersję. Nie miewam w swojej kosmetycznej kolekcji szminek w odcieniach brązu. A raczej - nie miewałam. Dziś w mojej kosmetyczce zagościła szminka o numerze 242 - fudge brownie. Niesamowicie ciekawy kolor! Wydaje mi się, że jest nawet bardziej rdzawy niż brązowy, z delikatnymi drobinkami. Jestem taaaka ciekawa, jak będzie się prezentowała na ustach!



I to już koniec moich zakupów lakierowo-szminkowych. :) Poniżej mała prezentacja poszczególnych kolorów!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...