Recenzja bazy pod cienie Inglot oraz szarusiowa nowość

Mój makijaż oczu jest naprawdę delikatny - stawiam na jasny, perłowy cień, czasem czarną kreskę, oraz mocno wytuszowane rzęsy. Wszystko kręci się wokół ust, szminki to moja mala obsesja - ale przecież to cień musi wytrzymywać na mojej powiece cały dzień. Stąd - dziś - recenzja. Czytacie dalej? Zapraszam! ;)


Tubkę, widoczną na zdjęciu, dostajemy zapakowaną w czarny kartonik, który - owszem :D - zgubiłam. Niemniej jednak, produkt otrzymujemy zamknięty w czarnej, bardzo inglotowej, odkręcanej tubce, skąd produkt wydobywamy za pomocą małego dzióbka bezpośrednio na palec czy pędzel.


Baza ma bardzo lekką, choć delikatnie silikonową konsystencję. Przed nałożeniem i roztarciem na powiece, ma kolor cielisty - następnie staje się bezbarwna i przestaje być wyczuwalna.


Skład mieścił się na opakowaniu, ale jak na mnie przystało, nie mam ani opakowania, ani nie mogę znaleźć składu w internecie, a słyszałam, że baza zmieniła odrobinę swoją formułę.


Jeśli chodzi jednak o działanie, jest urzekające. Cienie trzymają się od nałożenia po sam demakijaż. Przypominam, że pracuję w systemie 12-godzinnym. :D Nie zmienia koloru nakładanego makijażu, ale też nie zauważyłam, żeby specjalnie go podbijała.
Po nałożeniu polecam chwilkę poczekać z nakładaniem cienia (np. zrobić brwi jak ja :), bo cienie nałożone od razu po nałożeniu bazy nie trzymają się już tak dobrze. :)


Cóż, ode mnie? Polecam, będę do niej wracać. :)

Pojemność: 10 ml
Cena: 50 zł

***

A teraz czas na premierę mojego nowego szaruszka. Oto on!



I co Wy na to? :)

Komentarze